marca 17, 2018

Dolina Pięciu Stawów z wilczego pamiętnika

Dolina Pięciu Stawów  z wilczego pamiętnika
Podróże to coś takiego co połączyło nas niewidzialną nicią porozumienia.


Te górskie, łączą nas jeszcze mocniej. Uczą siebie na wzajem. Budują mapę wspólnych zmagań z własnymi słabościami i tymi, które dotykają partnera. Pokazują jak wiele potrafimy znieść dla tego jednego westchnienia pełnego zachwytu. Dla jęku rozkoszy "Udało się! Na dziś koniec! Odpoczywamy". Tego wewnętrznego wrzasku wywołanego bólem zmarzniętych kończyn i zmęczonych nóg. To wszystko tak szybko mija. Zaledwie godzina odpoczynku i znów w drogę. Baterie te nasze, fizyczne naładowane ale i aparat gotowy do drogi...


15 maj 2016 r. pierwsza rocznica naszego ślubu :) Właśnie wtedy zarezerwowałam nocleg w Dolinie Pięciu Stawów :) Udało się, było miejsce. Zapłaciłam i chwilę później przyszły myśli: "Co ja robię?", "Nie damy rady", "Będzie zima"... Piątkę znaliśmy. Drogi do niej przemierzyliśmy dwie od Palenicy Białczańskiej startując czerwonym szlakiem aż do Wodogrzmotów Mickiewicza. Od tego wodospadu raz zielonym szlakiem aż do czarnego i doliny piątki, drugi raz tym samym szlakiem, lecz powrót był już przez Świstówkę Roztocką szlakiem niebieskim. Wiedziałam więc co może nas czekać tym bardziej, że zimowe góry nie były mi obce. Miałam za sobą wycieczkę nad Czarny Staw pod Rysami właśnie w zimowej szacie kilka lat wstecz.



Zaczęłam wszystko przygotowywać. Plecak, raki, kijki, obuwie... Nagle na kartkach kalendarza pojawił się ten wyczekiwany dzień. 14 Listopada 2016 r. Prognozy pogody nie były wiarygodne, raz mówiono o zamieciach śnieżnych później o świetnej pogodzie.  Raz się żyje.


DZIEŃ 1


Spakowani, gotowi do drogi rozpoczęliśmy swoją podróż. Po raz pierwszy nie spieszyliśmy się.
Świadomość spędzenia dwóch nocy w górach napawała nas czymś wyjątkowym. Godziny przestały się dla nas liczyć. Jedyne co było ważne to to co dookoła. Śniadanie i gorąca herbata rozgrzały nasze serca i spokojnym krokiem z pełnymi plecakami ruszyliśmy w górę. Krok za krokiem, cisza spokój, brak ludzi. Coś wspaniałego brak ludzi na drodze do Morskiego Oka!

Przystawaliśmy co kawałek by chłonąć tę ciszę i biel. Herbata prosto z termosu smakowała tu bardziej niż gdziekolwiek indziej.  Przy Wodogrzmotach Mickiewicza zrobiliśmy sobie drugi dłuższy przystanek na ciepłą herbatę i wzdychanie nad pięknem otaczającej nas ciszy, którą o dziwo zakłócały jedynie przejeżdżające samochody. Pół godziny relaksu i stromo w górę zielonym szlakiem

Śliskie kamienie, prószący śnieg, mróz wciskający się w nozdrza. Plecaki nie ułatwiały wędrówki, zdawało się, że minuty uciekły w szybszym tempie niż zwykle. Nowa Roztoka schowała się przed nami we mgle, która towarzyszyła nam aż do rozwidlenia gdzie po założeniu raków odbiliśmy czarnym szlakiem ku górze. Odcinek, który kiedy przyprawił mnie o zawrót głowy tym razem wypełniał mnie uczuciem szczęścia. Mgła gdzieś zniknęła i naszym oczom ukazał się bajeczny obraz. Zostanie on tylko w naszej pamięci, gdyż nie podjęłam się wyzwania i nie wyciągnęłam aparatu. Mróz był uciążliwy i zmęczenie dawało o sobie znać dodatkowo towarzyszył nam lęk przed szybko zmieniającą się pogodą. Co jakiś czas, gdzieś w okolicach serca dawało się odczuć tęsknotę za turystami. Ostatnia prosta, z jednej strony skała, na której zalegało dużo mokrego śniegu z drugiej zaś przepaść pełna zaśnieżonej kosodrzewiny.  Widok małego szałasu i kolejki linowej do wciągania pożywienia rozsadzał mnie wewnętrznie szczęściem. Legliśmy na ławkach tuż nad brzegiem Przedniego Stawu i wspominaliśmy naszą drogę w myślach. Szybko zmieniająca się pogoda zmusiła nas do wejścia do schroniska co nie było proste po spacerku jaki mieliśmy za sobą. Wstać i znów wziąć na plecy bagaż nie było fajną wizją.


Dolina Pięciu Stawów Polskich



Chwilę później zrzuciliśmy z siebie zimne ciuchy, rozpakowaliśmy się w naszym pokoiku i popędziliśmy na pyszny żur. Spożywanie posiłków w Piątce jest niezwykłym doznaniem. Przez okna widzi się jezioro osłonięte szczytami przez, które w zastraszającym tempie przedzierają się chmury gdy Ty w cieple jesz coś co wydaje się być najsmaczniejszym daniem świata!


Dolina Pięciu Stawów Polskich
Dolina Przez myśl przeszła mi chęć wskoczenia pod koc i zapadnięcia w sen niczym niedźwiadki na zimę. Wiedziałam jednak, że nie mogę. Nie po to przemierzyłam tą drogę by teraz schować się przed cudami, które miały nastąpić. Gdy nocujesz w schronisku dostajesz bonus w postaci czasu. Możesz go wykorzystać w sposób różny. My doskonale wiedzieliśmy co z tymi dodatkowymi godzinami zrobić.  Ubraliśmy się więc ciepło, do plecaka wrzuciliśmy czołówki oraz termosy, ja zabrałam aparat i poszliśmy cieszyć się tą niepowtarzalnością. Początkowo poszliśmy w lewo w kierunku Świstówki Roztockiej. Kłęb białego śniegu ukrywały ścieżkę i śliskie kamienie, zacierając granice między ziemią a stawem. Zachodzące słońce zaczęło rzucać ogniste promienie na tutejsze szczyty dając złudzenie ocieplenia.
Widząc zachodzące już słońce postanowiliśmy zrobić odwrót i udaliśmy się prędko brzegiem przedniego stawu, który powoli tonął w mroku. Budka Topru  jak stała tak stoi przy szlaku do wielkiego stawu. Dla nas pokazała się w złowieszczej odsłonie, skrytka skrytka wieczornej mgle zdawała się śledzić każdy nasz ruch. Szum wiatru się wymagał, niby nadszedł zmrok jednak dziwnie jasny. Noc przypominała dzień za sprawą wschodu Super księżyca. Tysiące ludzi w Polsce oglądało ten pokaz mając za punkt odniesienia budynki miast, których wielkości zdawał się być księżyc.

Wielki Staw

Do nas docierał jedynie jego blask. Dreptaliśmy zaśnieżonym brzegiem przedzierając się przez gąszcz kosodrzewiny porastającej okoliczne zbocza. Jezioro częściowo zamarznięte wyglądało niezwykle. Maleńka jego część poruszała się niczym morska woda, wspaniale to wyglądało. Całe piękno otaczającej nas przyrody wzmacniała cisza i delikatny szum wody. Staliśmy tak chwilę ciesząc się tym miejscem gdy mróz zaczął nam dokuczać. Szybkim krokiem wróciliśmy do schroniska. Było około 17. Ogrzaliśmy się, ja naładowałam akumulatory do aparatu, przygotowałam statyw i wyglądając przez okna schroniska czekaliśmy na księżyc. Tuż po 18 wreszcie się ukazał nad wierzchołkami pobliskich gór. Dziwnie zwyczajny, wydawał się nie być nietypowo duży jednak jego blask rozświetlał całą dolinę tworząc złudzenie nadchodzącego poranka. Porwałam aparat i zbiegłam przed schronisko. Zimno było straszliwie i wiatr zaczął podnosić śnieg z ziemi. Ludzie spędzający ten wieczór w schronisku jakby nie wiedzieli jaki spektakl trwał poza ciepłymi murami z zaciekawieniem patrzyli na mnie przez okna. Nie dałam za wygraną i testowałam swoje umiejętności fotograficzne poraz pierwszy w takich warunkach. Wszystkie opinie na temat trudności jakie stwarza noc dla fotografii były prawdziwe. Myślę jednak, że warto było ścierpieć te kilkadziesiąt minut zimna by uwiecznić te chwile na zdjęciach, które możecie oglądać poniżej.

Super Księżyc 14.11.2016

Dolina Pięciu Stawów nocą



Dolina Pięciu Stawów nocą


Dolina Pięciu Stawów nocą


Dolina Pięciu Stawów nocą

DZIEŃ 2

Schronisko Dolina Pięciu Stawów


Schronisko Dolina Pięciu Stawów
Przebudziłam się o 5 rano. B jeszcze smacznie spał a ja zastanawiałam się nad dzisiejszą wyprawą. Mając gotowy plan w głowie zbudziłam go na śniadanie, które jedliśmy nieśpiesznie. Tej nocy spadło trochę śniegu, przykrył on ślady wczorajszych turystów. Chmury pędziły po niebie popychane przez wiatr, który dzisiaj był dużo silniejszy. Napełniliśmy termosy, założyliśmy raki i powolnym krokiem wybraliśmy się szlakiem prowadzącym na Zawrat. Pogoda mocno utrudniała wędrówkę, wiatr wbijał w nozdrza kryształki lodu. Nie daliśmy jednak za wygraną i wierząc, że pogoda się poprawi szliśmy dalej. Zostało nam to wynagrodzone w postaci pięknej pogody i nieznanego nam dotąd zjawiska. Ukazało się nam bowiem halo słoneczne. Kto miał   okazje je widzieć ten wie jakie ono jest zachwycające. Kto nie miał okazji zobaczyć na żywo zapraszam do oglądania na moim zdjęciu. Minęło nas zaledwie 7 osób wiec zjawisko to nie dotarło do wielu co dodatkowo wzmocniło efekt zachwytu.
Halo słoneczne

Czarny Staw Polski zimą
Lewy, górny róg delikatna tęcza brzegów halo słonecznego.



Szliśmy bardzo wolno, miejscami zapadaliśmy się po kolana, słońce nie dawało wielkiego ciepła. Było jednak warto wykorzystać czas i czerpać z tej czystej, prawie nie dotkniętej ludzką ręką zniszczenia, natury. To takie chwile, których żadne słowa nie są w stanie opisać. Tylko przeżywając te chwile można zrozumieć czym one są. Jasne, że dla każdego to samo miejsce, pogoda, widok mają zupełnie inne znaczenie. Dla nas dwojga znaczą tyle samo i to jest ta niewidzialna nić łącząca nas w całość. Góry przeżywamy tak samo, z taką samą niecierpliwością tęsknimy za nimi i z taką samą mocą wzdychamy widząc i dotykając je. Nigdzie indziej kawa nie smakuje tak jak tutaj. Do powrotu w żadne inne miejsca nie czujemy takiego głodu i nie ma drugiego takiego miejsca, gdzie mimo trudu trasy my odpoczywamy. Ta wycieczka dała nam jeszcze więcej - czas! Szczęśliwi mogliśmy przysiąść na kamieniu nie martwiąc się o transport z Palenicy. Korzystaliśmy z tego bez pamięci. Poniżej kilka kadrów z naszego spaceru szlakiem na Zawrat, z którego zrobiliśmy odwrót na wysokości Czarnego Stawu.








Powyższe zdjęcie zwiastuje nadchodzącą noc, słońce właśnie znikało za wierzchołkami gór, gdy my zbliżaliśmy się do schroniska. Kilkakrotnie wychodziliśmy jeszcze na zewnątrz podziwiać piękną, jasną noc. Niestety pogoda uległa znacznemu pogorszeniu. Zaczął sypać gęsty śnieg i wiać bardzo silny wiatr. Zaczęliśmy się martwić o nasz powrót, który planowaliśmy na kolejny dzień.. Czarny szlak biegnie przecież przez odcinek dość ciężki, którego przejście silny wiatr na pewno by nie ułatwił. Sprawdziliśmy prognozy i nieco zasmuceni położyliśmy się spać planując pożegnanie z przednim stawem na 8 rano...



DZIEŃ 3

Wstaliśmy dość wcześnie, gdy zegarek pokazał 6:30 my byliśmy gotowi na śniadanie. Zeszliśmy do jadalni i zajadaliśmy się konserwą z puszki. To śniadanie nie wchodziło nam łatwo, żołądki były ściśnięte strachem. Pogoda nie poprawiła się wciąż wiał silny wiatr ale zrobiło się dużo cieplej, zaczął topnieć lód na jeziorze. Przeczekaliśmy tak chyba do 9, zebraliśmy swoje plecaki i wymeldowaliśmy się. Raki na butach, kijki w dłoniach i szybkie pożegnanie z doliną piątki. Wiatr nieco złagodniał i miejscami chmury ustępowały miejsca słońcu, dzięki czemu szlak czarny przeszliśmy nadzwyczaj szybko. Na rozwidleniu czarnego i zielonego szlaku postanowiliśmy zwolnić tempo i jeszcze kilka godzin delektować się pięknym otoczeniem. Na trasie spotykaliśmy głównie owady. Ludzi jak na tą trasę było na prawdę bardzo mało. Latem są tu niemalże kolejki chętnych na dojście do piątki, lub oglądania siklawy. Po spacerku przez gęsty las i później asfalt wtoczyliśmy się  bardzo zmęczeni do busa. W Zakopanem poszliśmy do baru mlecznego na rosół. Potem tradycyjnie odwiedziliśmy naszą ulubioną restauracyjkę na Krupówkach Casa Mia gdzie wypiliśmy przepyszna kawę. Czasu do autobusu było sporo, a nasze brzuchy wołały o posiłek dlatego też odw
iedziliśmy kolejne ulubione miejsce- Stek Burger. Wszystkim gorąco polecam Grule z twarożkiem a dla mięsnych wielbicieli burger ze stekiem i frytkami.

Tak minęły nam trzy piękne, górskie dni. Wrócimy tu jeszcze nie raz, a Tobie damy o tym poczytać.

stycznia 25, 2018

Bieganie moja miłość

Bieganie moja miłość
Medale z biegów i maratonów.




















Maratony to część Wilczego życia. Zaczęło się od chęci poprawienia kondycji a skończyło na miłości do biegania długich dystansów. Tutaj zdecydowanie górą jest Bartosz, którego zapał nigdy nie gaśnie.


Mini Maraton 2013
Wszystko zaczęło się jakieś pięć lat temu. Niezdrowy tryb życia stał się przytłaczający i potrzebowałem zmian. Zacząłem biegać, robiłem to początkowo bez namysłu. Biegałem po bulwarach w Krakowie 10 km, co na start było za długim dystansem. Mimo zmęczenia, zakwasów i czasami nawet niechęci, biegałem jednak dalej zagłębiając się w techniczną stronę tej dyscypliny. Czytałem książki, które otworzyły mi oczy na prawidłowe bieganie. Tak trafiłem na pierwszym mini maraton im. Piotra Gładkiego 4,2 km. Był rok 2013 i otrzymałem swój pierwszy medal. To zaostrzyło mój apetyt na kolejne, ambitniejsze biegi. Dużo trenowałem często w deszczu czy śniegu. Już 6 czerwca 2013 roku przebiegłem VII Bieg Trzech Kopców. 2014 rok był bardzo trudny, poważne złamanie ręki zatrzymało moją pasję na wiele miesięcy. 



Bieg Trzech Kopców 2013
W 2015 roku wróciłem do biegania.  Mądrzejszy o teorie i praktykę po raz pierwszy przebiegłem ultra maraton. Był to Łemko Maraton 48 km. Organizowany 24 października w przepięknym Beskidzie Niskim. Biegliśmy tą trasą: Iwonicz Zdrój - Komańcza - Główny szlak Beskidzki (czerwony). Niespełna 90% trasy prowadziło leśnymi ścieżkami, polami, po kostki w błocie i z niesamowitymi widokami. Po tym biegu byłem szczęśliwy i wykończony, sięgałem granic mojej wytrzymałości. Następnego dnia chodzenie sprawiało mi trudność mimo to poszedłem na pysznego pstrąga do restauracji, której nazwy nie pamiętam ale znajdującej się na górce obok wielkiego pensjonatu. 

Maraton Łemkowyna


W 2016 roku skupiłem się na wzmocnieniu całego ciała biegając, jeżdżąc na rowerze, pływając i ćwicząc. To zaowocowało większą mocą i szybkością co sprawdziłem już na początku 2017 roku biegnąc zimowy Maraton Bieszczadzki w Cisnej 29 stycznia (właśnie przygotowuje się do tegorocznego, który odbędzie się 28 stycznia). Genialne przeżycie! Bieg w śniegu miejscami po kolana, zimno, wilgotno. Po drodze piękne pejzaże przykryte białym puchem. Sprawdzian wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Po raz pierwszy po biegu miałem bardzo dużo energii i nie czułem wyczerpania. Do tegorocznego biegu zostało kilka dni i już nie mogę się doczekać tego mroźnego szaleństwa.
 
Zimowy Maraton Bieszczadzki 2017

W 2017 rok wbiegłem z medalem na szyi i na tym jednym nie zaprzestałem. Biegałem minimum 4 razy w tygodniu, na rowerze tygodniowo robiłem kilkaset km, dużo pływałem i ćwiczyłem. W marcu 2017 zdobyłem jedną z istotniejszych w moim życiu blaszek. Dokładnie 19 marca 2017 wraz z moją żoną, trzymając ją za rękę przebiegłem metę Krakowskiego Półmaratonu Marzanny. Namówiłem osobę, która nie przepada za tego rodzaju aktywnością fizyczną do spróbowania się w niej. Przed tym biegiem pokonywaliśmy trasy 10 km + i nie szło to zbyt efektywnie. Obawiałem się czy to się uda ale stało się! Na Błonia przyjechaliśmy rowerami (6 km ), przebiegliśmy niespełna 22 km w 2 h 40 minut  i wsiedliśmy na rowery (6 km). Rezultat był taki, że ja byłem dumny a Marta wykończona. Usiadła i już nie mogła wstać. Przez kolejne kilka dni bolało ją kolano i to sprawiło, że nie chce ze mną biegać maratonów. (może skusi się na 10 - tki)

Półmaraton Marzanny 2017 

Ten rok zakończyłem z przytupem biegnąc Ultra Janosika 55 km. Spiską Pętlą pod górkę i z górki. Beton, kamienie, błoto, trawa. Na trasie działo się dużo, nudno na pewno nie było. Miejsca, które widziałem były tak piękne, że już chcę tam wrócić i kto wie może będzie to szybciej niż myślę. Tutaj też poznaliśmy wspaniałych i życzliwych ludzi. Pozdrawiamy "Warszawiacy".  Mamy nadzieję do zobaczenia kiedyś na trasie. 

Ultra Janosik2017
Kończąc ten spis osiągnięć chcę Was zmotywować do dbania o siebie, swoje zdrowie i sprawność. Siedzący tryb życia narzuca nam współczesny świat a przecież te wszystkie piękne miejsca widoczne w monitorze możemy zobaczyć na żywo. Na własnych nogach przemierzając doliny, góry, miasta. Bieganie to jeden ze sposobów na dbanie o swoją kondycję. Nie jest idealny dla wszystkich jednak jeśli nie spróbujesz (Tak TY!) nie dowiesz się czy jest dla Ciebie. Pamiętaj, że jest wiele innych dyscyplin, które mogą stać się Twoją pasją i w rezultacie otrzymasz zdrowie. Bo sport to zdrowie. Wiadomo nie w nadmiarze ale jego niedomiar jest tragiczny w skutkach. Przemyśl to. Ja idę spać, Bieszczady czekają. 

Bartosz Wilk 

stycznia 15, 2018

Kalatówki - Święta w górach

Kalatówki - Święta w górach

Kasprowy Wierch


Przyszedł Nowy Rok, wszystkich ogarnia nostalgia wspomnień minionych dni. Święta i Sylwester w tym roku nie należały do jakiś specjalnie wartych uwagi. Brak śniegu zdecydowanie nie wprowadzał w ten magiczny nastrój. W poszukiwaniach białego puchu i podczas przygotowywania albumu ze zdjęciami z 2017 roku trafiliśmy na album Wigilia 2015.



Przełęcz pod Kopą Kondracką


























Jako zakochane w górach, młode małżeństwo, chcące spędzić święta tylko we dwójkę i dość nietypowo postanowiliśmy świętować na Kalatówkach. Nie jest to schronisko co miało uchronić nas przed smutną rzeczywistością. Nasze noclegi w schroniskach przebiegały zwykle dość drastycznie. Nie odczuliśmy magii gór, tej ciszy, po którą w góry chodzimy. Spotkaliśmy się wielokrotnie z nadmiernym spożyciem alkoholu, głośnym zachowaniem aż do wczesnych godzin porannych a nawet wchodzeniem na dach po alkoholu. Kalatówki, jako górski hotel miały dać nam tę upragnioną magię.

Kalatówki


Przyjechaliśmy do Zakopanego jak zwykle wcześnie rano 23.12.2015 r. W Krakowie i okolicach brak było śniegu, w ogóle brakowało go w całej Polsce. Tutaj też go nie było, co było dość smutne ale wiara w to, ze wyżej będzie go choć trochę pokrzepiała nasze serca. Szybko doszliśmy do naszego hotelu. Rozpakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę osławionej kolejki na Gubałówkę po raz pierwszy zobaczyć z niej widok. Dość leniwy dzień szybko minął i wróciliśmy na Kalatówki ciesząc się ciszą po drodze. Mniej więcej tak minął nam dzień pierwszy. Tutaj tylko dodamy, że noc była ekstremalna, było bardzo zimno w naszym pokoju i całym hotelu co się później okazało normą w tym miejscu.
Wigilia - 24.12.2015 r. Wstaliśmy wcześnie choć wcale nie było łatwo wystawić nos spod koca owiniętego w poszewkę. Zeszliśmy na śniadanie (tu nie ma nad czym się rozpisywać podsumujemy na końcu). Widok z restauracji był wspaniały. Co prawda bezśnieżny ale niezwykle urokliwy. Na Kasprowy wjeżdżała kolejka, wiatr delikatnie kołysał drzewami, słońce wychodziło zza drzew. Zrobiliśmy herbatę i kawę do termosów i poszliśmy na Hale Kondratową. Na szczęście mieliśmy ze sobą raczki bo w lesie kamienie były bardzo oblodzone i stwarzały spore utrudnienia. Im wyżej wchodziliśmy tym bielej było, co sprawiało nam ogromną przyjemność. Halę dobrze znaliśmy, to tu spaliśmy, w krótkiej podróży poślubnej co kiedyś pewnie opiszemy i nieco już w tym poście wspomnieliśmy o alkoholu i dachu. Dziś jednak nie o tym.

Kalatówki


Dotarliśmy na Halę Kondratową nie zbyt szybko, lód skutecznie utrudniał nam wędrówkę. Wtedy jeszcze byliśmy górskimi świeżakami, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że te raczki nie są najlepsze. Miłość do gór wygrała tu nad rozsądkiem, a dziś już zupełnie inaczej przygotowujemy się do naszych górskich wycieczek. Herbata w schronisku, kilka kanapek i czas jakby stojący w miejscu. Pełni sił i zapału postanowiliśmy iść dalej. W większości szlak był bezśnieżny i szło się super aż ściana skalna zaczęła pionowo wznosić się przed nami. Kamyk po kamyku, krok po kroku, coraz więcej śniegu (tak upragnionego w te święta) i lód pod stopami. Domyślasz się gdzie dotarliśmy? Na przełęcz pod Kopą Kondracką. Cudowne miejsce z pięknym widokiem na Polskie i Słowackie Tatry. Pogoda była wyśmienita, słońce rozgrzewało policzki i dodawało energii. Spędziliśmy tam dużo czasu popijając kawę, herbatę i jedząc kabanosy.

Przełęcz pod Kopą Kondracką

Przełęcz pod Kopą Kondracką

Przełęcz pod Kopą Kondracką

Po powrocie do hotelu na Kalatówkach było już ciemno. Wigilijna kolacja, która miała być wliczona w cenę noclegów świątecznych okazała się być dodatkowo płatna co bardzo nas rozczarowało. Czuliśmy się oszukani gdyż sam nocleg wcale nie był tani a w pokoju było tak zimno jak na zewnątrz gdyż kaloryfer był cały czas zimny. Tłumaczenie personelu było śmieszne i dopiero po upomnieniach zrobiło się nieco ciepłej. Chcąc polepszyć sobie humor poszliśmy robić nocne zdjęcia i to był strzał w dziesiątkę. Kasprowy cudnie rozświetlał okolicę a prawie bezchmurne niebo migotało blaskiem gwiazd.

Kasprowy Wierch
Kasprowy Wierch
















































W Boże Narodzenie zmarznięci po kolejnej nocy bez ogrzewania postanowiliśmy wracać do domu wcześniej. Po śniadaniu będącym resztkami kolacji Wigilijnej spakowaliśmy nasze plecaki i się wymeldowaliśmy.

Podsumowując nasze święta w górach mamy dwa uczucia, które idealnie tu pasują.
Wdzięczność do Gór, które pokazały nam swoje piękno, pozwoliły dotknąć śnieg, zobaczyć gwiazdy i bezpiecznie wrócić do domu.

Rozczarowanie "hotelem", który okazał się być najzwyczajniej schroniskiem z łazienką w pokoju. Ludźmi którzy zamiast wprowadzenia świątecznej magii dbali tylko o pieniądze i nie dbali o ciepłe pokoje czy wywiązanie się z umowy jaką była kolacja Wigilijna wliczona w cenę noclegu. To zachowanie bardzo nas zniesmaczyło i jak najbardziej rozumiemy, że wszystko kosztuje a to były święta. Jednak wszystko miało być w cenie zamówionych 3 noclegów, które były bardzo drogie jak na to miejsce i warunki.

stycznia 10, 2018

Szybki deser

Szybki deser
Dziś szybciutko i kulinarnie :)

W naszym codziennym żywieniu wraz z Nowym Rokiem zmieniło się wiele. Walczymy z ilością i częstotliwością jedzenia. Dbamy o jego jakość dużo bardziej niż do tej pory. Pijemy soki z owoców i warzyw, które sami robimy.

Wszystkie te zmiany mają za zadanie wprowadzić w nasze życie zdrowie i odporność. Słodycze w tym wypadku są niemile widziane ale tylko te ze sklepowej półki, na których etykiecie jest wypisane bardzo dużo dziwnych substancji. Słodkości natomiast uwielbiamy i staramy się by jeść te zdrowsze, domowe. Dziś podzielimy się jednym z takich przepisów a niedługo pokażemy nasze ulubione zestawienia warzyw i owoców w niezwykłych smakach soków z sokowirówki. 



Delikatny krem z owocami.

Składniki:

Śmietanka 30 %
Serek mascarpone
1 łyżka miodu
1 gruszka 
2 banany
1 jabłko
2 kiwi





Sposób przygotowania:

1. Śmietankę ubić na sztywno, dodać ser mascarpone i miód. Zmiksować na gładką masę.
2. Owoce umyć i pokroić w kostkę. Banany w talarki.
3. Układać: Banan, gruszka, krem, jabłko, kiwi, krem. 
4. Można ładnie udekorować i zajadać się.

Ostrzegamy uzależnia! 

grudnia 24, 2017

Cicha Noc...

Cicha Noc...

Bartosz Wilk Sax



Nastał ten magiczny czas. Za kilka godzin wszyscy usiądziemy do stołów uginających się pod pysznościami. Przełamiemy się opłatkiem, zaśpiewamy kolędy i zjemy wszystkie dwanaście potraw z niecierpliwością spoglądając pod choinkę. Nie będziemy więc zatrzymywać Was u nas na blogu zbyt długo. Chcemy tylko podzielić się z Wami życzeniami;
Niechaj te święta że śniegiem czy bez będą dla Ciebie pełne ciepła, miłości, uśmiechu i łez wzruszenia. Niech będą wspomnieniem tych, którzy odeszli oraz radością przebywania z tymi, którzy z Tobą są. Życzymy aby wszystkie potrawy były smakowite a naczynia po nich w magiczny sposób same się umyły. Niechaj ten świąteczny czas będzie dla Ciebie pełen odpoczynku.
Życzą Tobie i Twoim bliskim
Marta i Bartosz Wilk

Zaśpiewajmy wspólnie Cichą Noc;





Saksofon; Bartosz Wilk Sax
Zdjęcia i filmy; Wilcze pstryki 
Montaż Bartosz i Marta Wilk 

grudnia 22, 2017

Pokonać słabość - góry zimą

Pokonać słabość - góry zimą
Willa Wisienka

Dziś przejmuje nasz blog. Potrzebuję się z Wami czymś podzielić. Myślę, że każdy w swoim życiu przeżywa chwilę zwątpienia, która miesza się z bólem, smutkiem i złością. Dziś o świcie idąc przed siebie z zamiarem wejścia nad Czarny Staw Gąsienicowy. Trasę rozpoczęliśmy (Ja i Bartosz oczywiście) przemierzając trzy kilometry do Kuźnic i to było dla mnie wręcz zabójcze podejście. Dzień wcześniej nagrywaliśmy na Kalatówkach niespodziankę muzyczną dla miłośników saksofonowego dźwięku. Zaczęliśmy bardzo ale wybraliśmy się jeszcze na Krupówki. Skutek był taki, że późno poszliśmy spać i po 4h snu wstaliśmy by wcześnie zacząć spacer. Nie dotarliśmy nawet do Kuźnic, gdzie szlak do Murowańca się rozpoczyna. Dopadło mnie skrajne zmęczenie. Przez cztery ostatnie lata chodzę po górach w każdych warunkach pogodowych, we wszystkie pory roku, w dalekie i bliskie trasy. Dziś jednak moja siła straciła na mocy, psychika się poddała,plecak stał się ciężki niczym głaz. Zrzuciłam go z pleców i oparłam się o drzewo chcąc już tylko spać. Nie iść ani w jedną ani w drugą stronę, tylko spać. Mróz wdzierał się w każdy zakamarek ubrań a sen zdawał się być niezwykle ogrzewający. Bartek widząc co się dzieje zabrał mój plecak i powiedział albo idziemy w górę i ja wniosę Ci plecak albo wracamy. To ja miałam podjąć decyzję. 


Kalatówki



Postanowiłam, że wracamy. Bartek się zgodził ale widziałam jego rozczarowanie. Chwilę jeszcze przytulona do drzewa regenerowałam ciało i psychikę, która coraz bardziej dawała mi w kość wściekając się na mnie, że się poddaję. Minęło 15 minut gdy zaczęłam powoli kroczyć w stronę noclegu ale zwróciłam. Zdecydowałam, że idziemy w góry i nie tracimy czasu. Zmieniłam tylko nasze docelowe miejsce, postanowiłam iść na Kalatówki. 

Hala Kondratowa



Jeśli znasz szlak do Kalatówek bezpośrednio z Kuźnic to wiesz, że początek jest lekko męczący. Bartek niosąc swój plecak i mój (Podkreślę, że ważyły dużo. Termosy, raki, aparat, obiektywy, statyw, jedzenie i dodatkowe ubrania były przygotowane na Czarny Staw Gąsienicowy) wdrapywał się pod górkę. Podziwiam Go za jego wytrwałość i wytrzymałość. Ja mimo braku obciążenia na plecach szłam tracąc siły z każdym krokiem. Nie chciałam się poddać wiedząc, że kawałek dalej będzie już płasko. Udało się, Bartek cały czerwony i rozgrzany od szybkiego marszu wniósł nasze plecaki pod budkę opłat (gdzie my wszyscy = naród płacimy za wejście do Narodowego parku =naszego) i tak jak obiecałam dalej dźwigałam swój bagaż. Na miejsce doszliśmy bardzo szybko i daliśmy sobie godzinę odpoczynku. 
Kalatówki - Szlak na Halę Kondratową

Hala Kondratowa

To była dobra decyzja. Ciepła herbata, posiłek i byliśmy jak nowo narodzeni. Cieszę się, że się na siebie zezłościłam i postanowiłam iść dalej. Dzięki temu spędziłam cały dzień w pięknym otoczeniu przyrody. To tutaj, właśnie w górach odpoczywa mi się najlepiej. Czasem chce więcej, wyżej, szybciej. Są jednak dni gdy doceniam brak pośpiechu, spokój i cieszę się ciszą usadowiając sobie, że jest to dobre. Dodam tylko na zakończenie, że wycieczka nie zakończyła się na Kalatówkach, poszliśmy jeszcze na Hale Kondratową i w sumie przeszliśmy ponad 18 km. To imponujący wynik biorąc pod uwagę początek tego dnia. Uciekam piec krokiety i obiecuję, że jeszcze w tym tygodniu opublikuję dla Was prezent.

Hala Kondratowa - widok na Przełęcz Kondracką
Schronisko Hala Kondratowa 


Schronisko na Hali Kondratowej





grudnia 14, 2017

Budapeszt - pieszo w jeden dzień

Budapeszt - pieszo w jeden dzień
Budapeszt? Jakieś miasto, leżące gdzieś... Nieistotne dla nas. Do czasu, aż pewien przewoźnik wrzucił na swoją stronę informacje o promocyjnej cenie na bilety. Za dwie osoby w dwie strony zapłaciliśmy nie całe 60zł!!! Bilety kupione, pora dowiedzieć się gdzie jedziemy...

Budapeszt - stolica Węgier, miasto perła. Architektura, przepych, ujmująca kultura i język, który ciężko zrozumieć miesza się tu z biedą. Bezdomni śpią dosłownie wszędzie. Co ciekawe są zupełnie nieszkodliwi. Przynajmniej w naszym odczuciu. Jednodniowa wycieczka do tego pełnego przepychu miasta wydawała się być szaleństwem. Planowaliśmy dużo zwiedzić, jeździć miejską komunikacją i zjeść tutejsze przysmaki a do domu wrócić z butelką Tokaju. Z tych wizji zapisanych na kartce po godzinach spędzonych przy monitorze komputera przeszukując wszystkie internetowe bazy donoszące o Budapeszcie, zostało niewiele. Ku naszemu zdumieniu nie weszliśmy nigdzie by zwiedzać wnętrza! Pogoda nas nie potraktowała łaskawie, deszcz lał niczym z odkręconego prysznica. Zupełnie nie rozumiemy dlaczego mieliśmy ze sobą tylko letnie ciuszki i peleryny, które dotarły do nas dzień przed wielkim zwiedzaniem. Może dlatego, że był to czerwiec 2016 roku.




Dotarliśmy do Budapesztu nad ranem, przeszliśmy do metra i podjechaliśmy do centrum, gdzie rozpoczęło się nasze piesze zwiedzanie. Bez planu wycieczki, bez listy miejsc do zobaczenia czy potraw do skosztowania. Szliśmy przed siebie...

 Pałac Wenckheim /  Metropolitan Ervin Szabó Library
Węgierskie Muzeum Narodowe


Synagoga przy ul. Dohany
Tramwaj w Budapeszcie



Pałac Wenckheim / Metropolitan Ervin Szabó Library  

Początkowo pałac wybudowany na zlecenie hrabiego Frigysa Wenckheima przez wybitnego architekta Arthura Meininga w XIXw. Po śmierci hrabiego pałac był używany na wiele sposobów, początkowo jako Stowarzyszenie Stolarzy, później klub partii politycznych czy dziennikarzy. Dziś stanowi on główny budynek biblioteki Centralnej.  Co to za miejsce dowiedzieliśmy się już w domu, a trafiliśmy tutaj zupełnie przypadkiem.


Węgierskie Muzeum Narodowe

Jest to największe muzeum na Węgrzech. Wbudowane w latach 1837 -1847.  Budzi podziw wśród turystów dzięki neoklasycznemu portykowi wieńczącemu wysokie schody, ozdobionemu wspaniałymi rzeźbami. Dla nas ciekawy był również ogród, w którym to muzeum się znajduje.

Węgierskie Muzeum Narodowe


Synagoga

Budzi podziw swoją wielkością i wyglądem. Zalicza się ją do dziesięciu najlepszych zabytków Budapesztu. Mieści się w niej Węgierskie Muzeum Żydowskie. W środku nie byliśmy ale zaciekawiła nas ta bryła.


Bazylika św. Stefana w Budapeszcie
Bazylika św. Stefana w Budapeszcie


Fontanna przy Szabadsag ter
Pomnik okupacji niemieckiej przy Szabadsag ter 



Bazylika św. Stefana

Od 1905 roku największy kościół stolicy Węgier usytuowany w Peszcie. Może pomieścić prawie dziewięć tysięcy wiernych! Jest ogromna, monumentalna i przepiękna! Ciekawostką jest piwnica sięgająca trzech pięter wgłąb ziemi. Niestety mimo ogromnych chęci nie udało się nam wejść do środka Bazyliki, Brama przed głównym wejściem była zamknięta.
Bazylika św. Stefana w Budapeszcie

Baszta Rybacka

Jeden z najbardziej znanych zabytków Budapesztu. Neoromańska budowla wznosi się nad brzegiem Dunaju prezentując zapierający dech w piersiach widok na Parlament, wyspę Małgorzaty, Górę Gallerta i całą okolicę. Wejście na Basztę jest płatne a cena zależna jest od tego co konkretnie chcemy tam zwiedzić. Nam nie chciało się stamtąd schodzić! Widok rewelacja. 

Baszta Rybacka Budapeszt
Baszta Rybacka Budapeszt


Baszta Rybacka Budapeszt i Kościół św. Macieja
Baszta Rybacka Budapeszt

Widok z Baszty Rybackiej Budapeszt. 



Parlament Budapeszt
Parlament Budapeszt


Linia tramwajowa tuż pod Parlamentem w Budapeszcie 
Widok z placu  Kossuth Lajos 

Parlament

Symbol Budapesztu i Węgier, wznoszący się nad brzegiem Dunaju onieśmiela swym pięknem i wielkością. Jest ogromnym budynkiem, mieści się w nim niespełna 700 pomieszczeń! Do jego budowy zużyto 40 milionów cegieł a przyozdobiono go niemal pół miliona kamieniami i 40 kilo złota. Bez wątpienia jest niezwykle bogata perełka architektury. Główne wejście znajduje się od strony placu Kossuth Lajos tér, na którym stoi pomnik Lajosa Kossutha. To idealne miejsce by przysiąść na ławce z kubkiem kawy w ręku i czytać książkę. Tym razem nie udało nam się zwiedzić żadnej części Parlamentu. Deszczowa pogoda przyciągnęła bowiem ogromne ilości turystów do środka i musielibyśmy czekać w kolejce długie godziny. Zrezygnowaliśmy by pójść w deszczu na Górę Gellerta...




Schody na Górę Gellerta

W połowie drogi na szczyt Góry Gellerta


Góra Gellerta


Copyright © 2016 wilkinaszlaku , Blogger